Wspomnienia Pani B.

Wiele lat temu zaprosiłeś mnie do siebie. Pamiętam to wyraziste spojrzenie, ten delikatny dotyk, gdy mnie głaskałeś. Byłam twoją muzą. Byłam…

Dotyk twoich palców był naprawdę miły. W twoich objęciach czułam się taka ważna, doceniana, dowartościowana. Wtedy wiedziałam, że wiele dla ciebie znaczę. A może tylko stwarzałeś takie pozory? Nie, to niemożliwe, przecież nie chwaliłbyś się mną przed znajomymi, nie prosiłbyś ich dyskretnie, aby przyjrzeli mi się uważnie. Miałeś takie iskierki w oczach, gdy z podziwem kiwali głowami i zachwalali mnie. Tylko że ich oceny były małostkowe, płytkie, powierzchowne. Nikogo nie interesowało, jaka jestem w środku, co przeze mnie przemawia, co skrywam, a tylko zachwycano się samym wyglądem zewnętrznym. Czułam się wtedy jak jakaś pierwsza lepsza książka na regale, którą przysłowiowy Kowalski sobie kupił, aby zrobić wrażenie na sąsiadach i by dobrze wyglądała obok encyklopedii czy atlasu. O nie, nie tak wyobrażałam sobie nasz związek! Myślałam, że znacznie więcej dla ciebie znaczę!

Przecież było nam razem tak dobrze. Pamiętam czasy, gdy wieczorami zapraszałeś mnie do łóżka

i szczegółowo, systematycznie analizowałeś wszystkie detale. A później zasypiałeś, wtulając we mnie swoją twarz… To było wspaniałe. Wiedziałam, że jestem dla ciebie ważna. Czułam się wyróżniona, leżąc obok ciebie i wiedząc, że pierwsze twoje spojrzenie, gdy przebudzisz się rano, będzie skierowane właśnie na mnie. Albo gdy siadaliśmy wspólnie do stołu, gdy odkładałeś gazetę i nie zwracałeś uwagi na stygnącą kawę, bo zachwyciłeś się czymś nowym, co właśnie we mnie odkryłeś. Gdy miałeś uśmiech na twarzy i z ogromną radością notowałeś w zeszycie, jaka jestem mądra i wszechstronna, aby później pisać artykuły do gazet właśnie na mój temat. Byłam twoją muzą i natchnieniem. Byłam…

Twierdziłeś, że zakochałeś się we mnie, że żyć beze mnie nie możesz. I co? Faktycznie, byłeś zakochany, ale to wcale nie znaczyło, że mnie kochasz. Ja otworzyłam się przed tobą i wszystkim, co miałam, dzieliłam się, będąc wielokrotnie szczerą do bólu. A ty mnie okłamywałeś, wykorzystywałeś tylko wtedy, gdy było to dla ciebie wygodne, torturowałeś i znęcałeś się co jakiś czas, obiecując poprawę. Zawsze ci wybaczałam i ufałam. Zawsze! Nawet wtedy, gdy mną rzucałeś jak starą gazetą po pokoju. Wybaczałam ci. Gdy patrzyłam, jak sprowadzasz do domu kumpli i drwiąc ze mnie, upijasz się tanim winem… Wybaczałam! Gdy do zaspokojenia twoich wewnętrznych potrzeb już nie wyciągałeś ręki w moją stronę, ale dzwoniłeś po prostytutki śmierdzące potem i łatwymi pieniędzmi. Wybaczałam! Już nie szukałeś we mnie pocieszenia, nadziei, prawdy. Nie byłam ci już potrzebna. Pamiętam, jak któregoś dnia — wtedy, gdy twój brat wpadł pod samochód — wróciłeś do mieszkania, usiadłeś w fotelu i po tylu latach zapomnienia wziąłeś mnie i wspólnie usiedliśmy w fotelu. Zacząłeś coś do mnie szeptać. Tak bardzo chciałam dać ci wtedy ukojenie, pocieszyć, zapewnić, że życie może być lepsze, szczęśliwsze. A ty? Ty ścisnąłeś mnie tak mocno, bardzo mocno, i z taką nienawiścią cisnąłeś mnie przez okno.

Gdybym nie zaplątała się w firankę, wypadłabym z siódmego piętra na betonowy chodnik. To byłby mój koniec. Ale tak się nie stało. Widocznie Ktoś chciał, abym pozostała z tobą mimo tego, co zrobiłeś. Okazało się, że to był dopiero początek koszmaru. Co takiego ci zrobiłam, że wszystkie frustracje i złości wyładowywałeś, kopiąc mnie i wykrzykując wulgaryzmy, których nigdy nie wypowiedziałabym? Dlaczego, gdy odnosiłeś sukcesy i było nam dobrze, nigdy nie przyszedłeś do mnie, aby podzielić się radością, podziękować za wsparcie, wspólnie coś zaplanować? Dlaczego siły i wiary wystarczyło ci tylko na kilka miesięcy zauroczenia? Czy naprawdę nic nie czujesz? Nie rozumiesz? A może boisz się zaufać? Chociaż teraz to i tak bez znaczenia…

Odszedłeś. Odszedłeś ode mnie, od rodziny, od życia. Umarłeś. Zostawiłeś mnie zranioną, poobdzieraną i zapomnianą. I gdybym nawet bardzo chciała, nie mogę ci już pomóc, bo nie żyjesz. Ale ja jestem. Jestem silna, choć wydawało ci się, że gdy okaleczysz mnie zewnętrznie, wyśmiejesz i poniżysz, stracę na wartości i zniknę.

Pamiętasz… no jak mógłbyś pamiętać, skoro umarli nic nie pamiętają! Ale i tak będę mówiła do ciebie. Pewnego dnia, jakieś pół roku po pogrzebie brata, gdy w pijackim transie szukałeś wszędzie w domu pieniędzy na kolejną flaszkę, twój wzrok zatrzymał się na mnie. Doskonale wiedziałam, co planujesz. Starałam się krzyczeć: nie!, ale jak można się odezwać, gdy wielki facet na głodzie alkoholowym ściska cię ręką i wywleka z domu. To nie był miły spacer zakochanych po parku. To była eksmisja z twojego życia. Domyślasz się, jak się wtedy poczułam? Choć byłam brudna i poszarpana, sprzedałeś mnie przypadkowemu człowiekowi za równowartość taniego wina. Nie kosztowałam cię nic, gdy mnie brałeś z kościoła… Pamiętasz to? Pamiętasz? Był wieczór, gdy przyszedłeś do kaplicy. Zmoknięty, zmarznięty, zagubiony. Siedziałam w drugim rzędzie. Ty usiadłeś w trzecim. Byliśmy sami. Zapewne tak bardzo byłeś zagubiony, że z początku nawet mnie nie dostrzegłeś. Klęknąłeś tuż za mną i modliłeś się półgłosem. Prosiłeś o… Czy można w ogóle prosić o odrobinę normalności? Urzekłeś mnie tym. Większość ludzi modli się o pieniądze, zdrowie, szczęście, a ty chciałeś jedynie normalności. Miałeś trudne dzieciństwo i nie zaznałeś zbyt wiele radości. Bo czy może być radość, gdy w domu są alkohol i przemoc? Gdy nie ma żadnych zasad moralnych, a jedynym prawem jest prawo pięści? Ty chciałeś wyrwać się z tego i być normalny. Po kilku minutach spojrzałeś na mnie. Nie wyglądałam zbyt atrakcyjnie, ale zainspirowałem cię. Wyciągnąłeś do mnie dłoń i wspólnie wyszliśmy. Od tej pory byliśmy razem. Traktowałeś mnie na początku nie jak amulet czy dobry omen, ale jak dar z niebios. Po miesiącu wspólnego życia dostałeś mieszkanie z gminy i chwilę później znalazłeś pracę. Nigdy nie zapytałeś się, czy miałam z tym coś wspólnego, ale i tak byłam szczęśliwa, że jesteśmy razem. Nasze relacje zaczęły się psuć, gdy ciągle chciałeś więcej

i lepiej. Już nie starczało to, że żyjesz jak normalni ludzie, że masz mieszkanie, pracę, perspektywy, mnie. Ty chciałeś więcej i więcej. Znajomi mówili ci: ambicje są OK, ale ty masz manię wielkości, wszystko chcesz na już. Ja ci sugerowałam, abyś zastanowił się, bo i tak dużo osiągnąłeś. Osiągnęliśmy. Zlekceważyłeś mnie i zacząłeś coraz częściej powracać do tego, od czego uciekłeś. Razem z nami zamieszkał w domu alkohol i powrócili starzy źli znajomi: stres, kłótnie, depresja, niska samoocena. Staczałeś się znacznie szybciej, niż ostatnio wydostawałeś się z bagna. Cierpiałam, a ty obwiniałeś mnie za wszystko. Za wszystko złe, co cię spotykało. O dobrym, jak zwykle, milczałeś.

Gdy trafiłam do domu tego człowieka z parku, nie przestałam o tobie myśleć. Byłeś dla mnie ważny. Mój nowy właściciel — bo tak mogę o nim mówić, skoro mnie kupił, prawda? — okazał się podejrzliwym filozofem. Nie zaufał mi tak szybko jak ty, nie otoczył uczuciem i nie patrzył na mnie tak czule. Był wyrachowany i sceptyczny, ale i dociekliwy. Zadbał o mój wygląd zewnętrzny, obchodził się ze mną delikatnie i znalazł dla mnie miejsce w swoim salonie. Powoli, systematycznie, cierpliwie, bez okazywania emocji poznawał mnie i zgłębiał wszystkie skrywane wewnątrz mnie tajniki. Badał, studiował, porównywał… Aż pewnego dnia zaprosił mnie do siebie do pracy. Nie wstydził się mnie, choć ludzie na uczelni, w której był dziekanem, patrzyli na nas bardzo zagadkowo. Stanęliśmy na mównicy. Razem. On założył okulary, pogłaskał mnie i rozpoczął swój, jak się później okazało, ostatni wykład. Brzmiał on mniej więcej tak: „Szanowne panie! Szanowni panowie! Jak doskonale wiecie, wykładam na tej katedrze

już przeszło trzydzieści lat. W dziedzinie ewolucji jestem, nieskromnie mówiąc, jednym z bardziej uznanych fachowców nie tylko w kraju, ale również na świecie. Napisałem kilka książek, wydałem dziesiątki publikacji, udzieliłem niezliczonej ilości wywiadów i wykładów. To są, moi drodzy, fakty. A jak doskonale wiecie, z faktami się nie dyskutuje. Czy tak? W związku z tym mam dla was jeszcze jeden fakt, który również nie podlega dyskusji. Oto Biblia. Trafiła w moje ręce zupełnie przez przypadek. Kilka miesięcy temu zaczepił mnie jakiś zagubiony człowiek i wzbudził litość, bo nie chciał, abym dał mu pieniądze na wino, ale zaoferował mi do kupienia książkę. Taki bibliofil jak ja nie mógł przejść obojętnie obok zniszczonego woluminu. Dopiero w domu, gdy przyjrzałem się dokładniej, zorientowałem się, że to Biblia. Wychodząc z zasady logiki, że skoro coś kupiłem, to nie po to, aby wydać niepotrzebnie pieniądze, ale po to, aby coś osiągnąć, zacząłem ją czytać. Moje nastawienie było bardzo sceptyczne, bo przecież tyle lat tłumaczyłem nie tylko wam, ale również samemu sobie zupełnie coś przeciwstawnego. Całe życie, oprócz teorii ewolucji, uczyłem was, kochani, abyście bronili swoich poglądów i żyli w zgodzie ze swoimi przekonaniami. I właśnie mam zamiar nadal udowodnić wam, że nic nie zmieniło się w tej kwestii. Zaufałem Biblii i chcę żyć w zgodzie z tym, co jest w niej zapisane. Dlatego po skończeniu tego krótkiego wykładu i pożegnaniu się z wami zanoszę do rektora moje wypowiedzenie umowy o pracę. Nie mogę dłużej nauczać o czymś, w co już nie wierzę. Rzeczą ludzką jest błądzić, ale trzeba zawsze umieć przyznać się do tego. Nie twierdzę, że wy błądzicie, bo gdyby tak było, musiałbym uznać się za nauczyciela kłamstwa. Na każdego z was przyjdzie odpowiedni moment, aby poznać Prawdę. Mnie zajęło to blisko sześćdziesiąt lat. Życzę wam, aby każdy z was na swojej drodze spotkał kiedyś człowieka z Pismem Świętym w ręku”.

Później mój właściciel podziękował wszystkim za wysłuchanie, za wspólnie przepracowane lata i nie czekając na oklaski, odprowadzany zdziwionymi spojrzeniami, opuścił aulę, mocno ściskając mnie w ręku. Ale jego uścisk nie bolał tak jak twój. To był uścisk nadziei.

Widzisz, ty również mogłeś zmienić swoje życie i nawet przez chwilę to ci się udało. Lecz szybko zniechęciłeś się i zwątpiłeś, myśląc, że jesteś silny i potężny sam w sobie. Ale to nieprawda! Byłeś silny tak samo, jak silny jest każdy człowiek, który zaufa Słowu Bożemu spisanemu na moich kartach. Bo ja, Biblia, jestem zapisanym Słowem Boga, które zostało dane ludziom, aby ich umocnić i wskazać właściwą drogę ku Zbawicielowi, aby każdy mnie przyjął pod swój dach i żył w zgodzie z zawartym we mnie prawdami, a nie traktował jak talizman! Bo moją siłą jest wewnętrzna Prawda, a nie wygląd okładki!

***

Drogi Czytelniku! Tydzień temu, przed napisaniem tego artykułu, robiłem porządki na stanowisku w radiowęźle, przy którym stoi „służbowy” komputer. Przeglądając zapisane kartki, znalazłem dwie spięte spinaczem i zaczynające się od słów: „Stoję sobie na regale i jestem zakurzoną Biblią”. Sam wstęp ogromnie mnie zainspirował i przyszedł mi do głowy pomysł napisania powyższego „wspomnienia”. Nie czytałem dalej, bo nie chciałem się niczym sugerować. Kolega powiedział jedynie, że to jakiś przedruk z książki i jeśli nie jest mi do niczego potrzebny, to mogę go wyrzucić. Położyłem go na biurku, lecz następnego dnia zniknął. Widać komuś się przydał. Oby w słusznym celu.

Michał Leśniak

Znaki Czasu 12/2017

[Autor odbywa karę pozbawienia wolności w Zakładzie Karnym w Wierzchowie Pomorskim].

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.